Jakimś cudem dotarłem do końca 2023, chyba trochę na auto-pilocie, bo kilku miesięcy na pewno nie zauważyłem. Dziwny rok, niby miał być lepszy, a wyszło jak zwykle. Starzeję się, więc muzycznie coraz mniej rozwala mi mózg, być może za dużo już słyszałem. Tak, czy inaczej, udało mi się jednak zebrać moją topową dziesiątkę i jestem z niej naprawdę zadowolony. Spotifajowa plejlista poniżej, a opisy w odwrotnym kierunku, od dziesiątego w górę, czy też w dół, w zależności od perspektywy.
10. Manizha „Standing Between Two Walls”
Mocno upolityczniony tekst, poruszający temat uchodźców. Pochodząca z Tadżykistanu Manizha była Ambasadorem Dobrej Woli przy Organizacji Narodów Zjednoczonych. Jej muzyka jest tak zaangażowana, jak tylko można, i całe szczęście, że istnieje. Można się różnić w poglądach, ale nie można nikomu odbierać głosu. „Standing Between Two Walls” to głos mocny i szczery do bólu.
„I don’t need your optics and your pity on me
My only weapons are love and humanity”
9. Freya Ridings “Weekends”
Chyba najbardziej “radiowa” piosenka w tegorocznym zestawie. A może raczej, byłaby, gdyby nie ten tekst, który trzeba by było najpierw okroić ze wszystkich „fucków”. Muzycznie przepiękny krajobraz, post-Tori-Amosowy przebój napisany na fortepian i skrzypce, ale z obowiązującym w obecnych czasach tanecznym beatem. Jak tańczyć do piosenki o samotności? Okazuje się, że można.
“You turn, say to me
You’re happy and you’re actually seeing somebody
And you’re both so proud of me
But now inside my heart starts to scream”
8. Puma Blue “Falling Down”
To małe trip-hopowo lo-fi-owe cudo mocno mnie ucieszyło wodnistym klimatem, pełnym podwodnego echa i bardzo okrojoną aranżacją, z której nagle, powoli, wyłania się dźwięk saksofonu. Jacob Allen, artysta stojący z Puma Blue, z bardzo oszczędnych środków wyczarowuje magię, której centralnym elementem jest mroczna cisza, niepokojący spokój, senna bezsenność w środku przepełnionej kłębiącymi się myślami nocy.
„Some shape flickers under my skin
The dark parts, they still seep in
Consuming all
All that remains”
7. Mysie “PLAY”
Odrobina rytmiczniejszych beatów, taka alternatywna impreza, w trakcie której Mysie gra pierwsze skrzypce ze swoją własną definicją taneczności. Bardzo w pewnym sensie „londyński” klimat, z jednej strony oszczędny, z drugiej składający hołd najróżniejszym brzmieniom, które powstały w stolicy Wielkiej Brytanii. Dla jednych przyjemny przerywnik, dla innych (w tym dla mnie) mocna zachęta do zgłębienia twórczości Mysie z dużo większą uwagą.
“It’s come to light, in black and white
You don’t play nice, your hold is tight”
6. Everything But The Girl “Run A Red Light”
Wielki powrót Everything But The Girl, nie był co prawda tak wielki, jak by się fani spodziewali, ale co z tego. EBTG są z powrotem, przynieśli ze sobą nową muzykę i chociaż dyskotek nie zawojowali, dostarczyli mi, chwilami, sporej refleksji w świecie post-wszystkiego. „Run A Red Light” brzmi zresztą jak taki post-dyskotekowy kawałek, który DJ może zagrać na koniec imprezy, przy włączonych już światłach, sygnalizujących to, że czas zacząć zbierać się do domu. A poza tym, nieskończenie niesamowity wokal Tracey Thorn wynagradza wszystkie inne niedociągnięcia pozostałych piosenek na tej come-backowej płycie.
„It’s 2AM, we’re leaving loudly
Wake the neighbors, we won’t come quietly
They’ll all know my name soon”
5. Autograf “La Petite Mort” (feat. Sian & Burko)
Klubowy kawałek ze śmiercią w tle. Autograf, jako grupa, nie ułatwiają nam zadania. Świetny beat, niepokojąco-atmosferyczne akcenty, i tekst przypominający o tym, że wszyscy obrócimy się w pył. Kto chce do tego tańczyć, ręka w górę. Dla mnie osobiście, „La Petite Mort” to w pewnym sensie mentalna ucieczka od codziennej muzycznej przewidywalności. Lubię się zanurzać w klimatach nie pachnących natrętną oczywistością i od czasu do czasu pobyć sobie gdzie indziej.
„Nearly forgot the sound of my name
And now it’s all I want to hear
The end is nothing but a hot take
On facing fear”
4. Hyphen Hyphen “Call My Name”
“Call My Name” za zadatki na popowy hymn, podniosły, emocjonalny, w dużym skrócie po prostu piękny. Hyphen Hyphen, grupa wywodząca się z południa Francji, kończy tym utworem swoją najnowszą płytę. Co za zakończenie! Uwielbiam takie buzujące emocjami utwory i ustawiłbym „Call My Name” w kolejce zaraz za „Unfinished Sympathy” (Massive Attack), „Good Luck” (Basement Jaxx) i „Heaven” (Emeli Sandé). Nie pytajcie, dlaczego. W mojej głowie wszystkie te piosenki mają ze sobą coś ekscytująco wspólnego.
„Call my name forever
Call my name
I love you forever
Home is where you are”
3. Nothing But Thieves “Pop The Balloon”
Kolejny utwór kończący płytę. Nothing But Thieves wspięli się tu na wyżyny rockowej kompozycji. Oscylując gdzieś pomiędzy The White Stripes a, hmm, Led Zeppelin, wreszcie stworzyli swój własny bezkompromisowy majstersztyk. Kontrast pomiędzy brudną rockową energią i maksymalnym wyciszeniem sprawia, że chce się do tej piosenki wracać, ignorując – szczerze mówiąc – resztę utworów z ich ostatniej płyty. Szkoda to, czy nie, „Pop The Balloon”, nie doczeka się pewnie singlowego wydania i niestety pozostanie doskonale ukrytą perełką z „Dead Club City”.
“Crypto FOMO kicking in
Crеate chaos by design
Tell mе, who built the pyramids scheme?
So good to be so online”
2. Niia “A Star for A Star”
Nie tylko piosenka, ale cała płyta zainspirowana jednym filmem. Nic więc dziwnego, że „Bobby Deerfield” z udziałem Ala Pacino użyczył tytułu również całemu albumowi. Bez dwóch zdań, najlepsze wydawnictwo, jakie kiedykolwiek nagrała Niia, zaczyna się (tym razem nie kończy!) od tej właśnie piosenki. „A Star for A Star”, jako utwór otwierający płytę, jest całkiem niezwykły. Zaaranżowany właściwie tylko na akustyczną gitarę wprowadza w nastrój całości słowami, bardziej niż muzyką. Ciszą, a nie dźwiękiem.
„I can be my father in my worst light
I can be my temper turn to violence
Truth moves slow
So slow
Why do you worry?”
1. RAYE “Ice Cream Man.”
No cóż, ten rok w mojej płytotece należał do RAYE. Jej płyta, „My 21st Century Blues”, rządziła w moich prywatnych statystykach, byłem na jej koncercie i na bezdechu zasłuchiwałem się w tej piosence, przerażającej relacji z seksualnego ataku w muzycznym studio. „Ice Cream Man”, tytułowy lodziarz, kimkolwiek jest. Mam nadzieję, że za każdym razem, kiedy słyszy o RAYE, zaczynają mu się pocić dłonie ze strachu. A że będzie słyszeć o niej coraz częściej, jestem tego pewien. Ta 26-letnia wokalistka z Londynu, z nominacją do Mercury Prize na koncie, ma w sobie taką siłę, taką moc w przekazywaniu słów, że chyba nic jej nigdy nie zatrzyma. Jednocześnie, mocno porusza też jej głęboka wrażliwość, która sprawia, że wykonując tę piosenką na żywo, od tylu już koncertów, za każdym razem jej głos załamuje się w którymś momencie.
„I wish I could say how I feel, how I felt
And explain why I’m silently blaming myself
‘Cause I put on these faces pretending I’m fine
Then I go to the bathroom and I press rewind”
Photo: unsplash.com

Miałam okazję przesłuchać albumu EBTG i właśnie “Run a Red Light” jest jednym z dwóch piosenek, które zapadły mi w pamięci. Wciąż jednak ta pierwsza piosenka, czyli “Nothing Left to Lose” to mój faworyt z “Fuse”.
“Ice Cream Man” wciąż boli. 🙁
Pozdrawiam.
“Ice Cream Man.” boli mnie za każdym razem. Najbardziej bolało na koncercie 🙁