Muzyczne lato rządzi się trochę innymi prawami. Tygodnie mijają niepostrzeżenie, a utwory pożerane są w zapętleniu. Mniej piosenek, mniej dobrych piosenek, więcej atakujących uszy beatów. Stąd moja letnia plejlista jest krótsza, chwilami bardziej energiczna niż zazwyczaj, ale też przy okazji napakowana skondensowanymi emocjami.
A zaczyna się od „Call My Name” w wykonaniu Hyphen Hyphen, utworu wieńczącego płytę „C’est La vie”. W tym przypadku piosenka kończąca album jest dla mnie nowym początkiem. Ten świetny atmosferyczny kawałek z poruszającą melodią, trzydzieści lat temu mógłby (może w trochę innej wersji) znaleźć się na pierwszej płycie Massive Attack.
Są też dwa elektroniczne powroty artystów, którzy zawsze mnie fascynowali. SBTRKT pojawia się w moich uszach po wielu latach od zakochania się w debiutanckiej płycie. Z kolei Autograf porusza mnie bardziej współcześnie. „La Petite Mort” to bardzo smutny kawałek utrzymany w technologicznym rytmie.
Co dalej? Odrobina atmosferycznie mrocznej elektroniki w postaci piosenki „I Choose Me” oraz genialny wokal i ważny tekst w utworze „Standing Between Two Walls”. Powraca też ZHU, mój od lat ulubiony elektroniczny producent, a zaraz po nim nowa soulowa piosenka od Leeli James. Tej pani czytelnikom mojego bloga przedstawiać nie muszę.
Natomiast na koniec zostawiłem sobie gigantyczną perełkę. Niia, zdaje się, że wydała w tym roku płytę swojego życia. „Bobby Deerfield” inspirowany filmem pod tym samym tytułem to album-zaskoczenie. Niia prześciga tu samą siebie zarówno tekstowo, jak i wokalnie. A kameralne „A Star for A Star”, od którego ta muzyczna przygoda się zaczyna to utwór, który wbił mnie w fotel niesamowitym klimatem, akustycznym brzmieniem i niemal bezczelnym operowaniem ciszą. Normalne albumy tak się nie zaczynają.
Nie mogłem też nie zakończyć tej plejlisty jedną z moich ulubionych piosenek Sinéad O’Connor. Jej odejście, tak zaskakujące i przedwczesne, zabolało mnie mocno. Na to swoiste pożegnanie wybrałem „’Til I Whisper U Something” z tym tekstem, który zawsze niezmiennie ściska moje gardło i odbiera mi oddech.
„If you’ve never seen a good time, how would you recognize one?”
Photo: unsplash / edit własny

SF to nie jest mój ulubiony gatunek. Parę książek niezłych poznałem. Lem to odrębny autor jeśli chodzi o ogół w gatunku. I właściwie trudno dojść do jego poziomu.
Tak wszystko gra i pewne rzeczy jeszcze się w miarę w dobrą stronę kierują. Dlatego nie mam powodów do narzekania ani nic. 🙂
Pozdrawiam!
Przesłuchałam w pracy. Najbardziej spodobały mi się Hyphen Hyphen i ZHU, no i Sinéad…
Pozdrawiam.